Po raz setny czytałam list. Mistrzunio pisał o Mieście, w którym są tacy, jak ja. Mam iść ciągle na południe. By zobaczyć jego, Remusa, Silvera, Serpa i chłopaków... No i żeby przyjąć zlecenie.
Coś trzasnęło. Podniosłam głowę. Byłam ukryta w cieniu, a na dodatek miałam ma sobie, czarne legginsy, czarne buty, czarną bluzę z kapturem - kaptur miałam rzecz jasna nałożony na głowę - i czarną chustę zakrywającą twarz.
Niedaleko ode mnie szła dziewczna.
Wstałam i zaczęłam śledzić dziewczynę. Nie zobaczyła mnie ani nie usłyszała.
W końcu doszliśmy - no nie tak dosłownie "my" - do jakieś bramy. A więc to miasto... Zdjęłam chustę, żebym nie wyglądała podejrzanie i kaptur.
- Przepraszam - wyłoniłam się z cienia. Musiałam użyć swojego miłego głosiku. Wolałam ten swój przerażający, od którego włosy stają Dęba. - Co to za miasto?
Bella?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz